W czasie II wojny światowej na Kresach nacjonaliści ukraińscy z OUN, a potem UPA we współpracy z Niemcami, a czasem i z Rosjanami zamordowali na miejscu, lub swymi działaniami doprowadzili do śmierci co najmniej 120 tysięcy polskich cywilnych mieszkańców dawnych województw wschodnich i południowo-wschodnich to jest: wołyńskiego, tarnopolskiego, stanisławowskiego, lwowskiego, a także częściowo poleskiego i lubelskiego. Ludobójstwa tego dokonano, poza niewielkimi wyjątkami, na zamieszkujących kresowe wsie polskich chłopach, członkach wielodzietnych rodzin, z reguły słabo wykształconych, nieposiadających wpływowych koneksji w kraju ani za granicą, a nade wszystko, pozbawionych opieki naturalnych przywódców i działaczy społecznych, których w czasie sowieckiej i niemieckiej okupacji zgładzono, aresztowano lub wywieziono.
W połowie roku 1944 położenie polskiej ludności kresowej pogorszył jeszcze fakt poboru mężczyzn do Armii Czerwonej i armii Berlinga przez Rosjan, wkraczających ponownie na te tereny. Od tej pory ofiarami mordów OUN-UPA stawały się przede wszystkim kobiety, dzieci i starcy. W latach 1943-1945 polskie kresowe wsie ginęły w milczeniu i przerażeniu.
Zbrodnie słynnego legionu Suszki dokonane na jeńcach polskich okazały się jedynie przygrywką do późniejszych (z roku 1941) działań sformowanych przez Niemców batalionów „Nachtigall” i „Roland”. Batalion „Nachtigall” z ukraińskim przywódcą Romanem Szuchewyczem i członkowie innych pomocniczych formacji niemieckich, w niemieckich mundurach uczestniczyli w aresztowaniu i zamordowaniu profesorów lwowskich. Są też sprawcami mordów polskiej inteligencji i nauczycieli w Krzemieńcu, Stanisławowie, Winnikach i wielu innych miejscach.
1946-1947. Niebywały głód w Ukrainie i Mołdawii zabrał życia 1,5-2,5 mln osób w ten czas, kiedy Związek Radziecki bezpłatnie eksportował ziarno do krajów socjalistycznej wspólnoty (i do komunistycznej Polski), aby trzymać tę wspólnotę na kiju.
Lecz proszę nie myśleć, że u nas w szkołach wychowiwują nacjonalizm czy czegoś podobnego. Kiedy uczyłem się, przypominam, że miałem badanie w szkole na temat typu „Problemy politycznej i patriotycznej świadomości w szkole”, tak nikt z uczniów nie powiedział, że nam nawiązują nacjonalizm czy komunizm, ale u wszystkich wychwiwują takie idea, jak pragmatyzm, patriotyzm i demokracja.
A co do naszej diaspory w USA i Kanadzie, to muszę napisać, że emigracja miała kilka fal jeszcze do II wojny światowej, i jeszcze powiedzę, iż SS-Galizien, … i dużo niewinnich Ukraińców – byłych jeńców Niemiec, alianci oddali Szalinowi, a ich dola już jest wiadoma. A neutralitet między OUN i Niemcami trwał 8 dniów; kiedy 30 czerwca 1941 roku było utworzono we Lwowie Ukraińskie państwo, Niemcy od razu zabili z OUN, kogo można było zabić, – po tym wrógami UPA byli Niemcy i Związek Radziecki. Niemcy swoimi głównymi wrógami w Ukrainie uważali OUN, a nie komunistów, a Węgry, np., mają do UPA lepsze stawienie,niż sami Ukraińcy, bo ta armia bardzo pomógła demokratycznej rewolucji 1956. Tu także muszę napisać, że pół Ukrainy widzi w OUN-UPA cudzych narodowi katów.
Ukraińska diaspora na Zachodzie zrobiła dużo korzysnego dla nas; a mój prapradziadek był Polakiem, na początku XX wieku on na pewny czas emigrował do USA (aby zarobić pieniądze), dlatego nie można uważać, iż tam są jedni ukr. nacjonaliści. Do rzeczy, kolaboracjonistów pod czas wojny ma każda nacja, a reżim nacystów był dla niektórych Ukraińców w kilka razy lepszy, niż komunistyczny; innej alternatywy, niestety, nie było.
Oczywiście, i Polacy ginęli w 1920. Przykro, że wtedy ta wojna okończyła się porażką dla Ukrainy, napewno, w innym razie nie było by tych nieprawdopodobnych ofiar.
Również przepraszamy za to zło, co zrobili nasze przodki, lecz na świecie jeszcze warto poszukać takiego cierpliwego i dobrożyczliwego narodu, jak Ukraińcy.
Widzę z tej dyskusji, że, może, nie warto rozmawiać Polakom z Ukraińcami o historii, ale dobrze, że w obu państwach są ludzie, którzy śmiało patrząc w przeszłość, rozumieją, że w cywilizowanj przeszłości niema miejsc dla mściwości i nie szerokim nacjonalistycznym poglądom.
Dziękuję za rozumienie.
W nocy z 22 na 23 lutego 1944 r. ukraińscy nacjonaliści zamordowali ponad stu mieszkańców Berezowicy Małej w powiecie tarnopolskim. Ponad 20 polskich zagród puścili z dymem. Nazajutrz, w środę popielcową, pozostali przy życiu Polacy pochowali w pośpiechu zabitych i uciekli z rodzinnych stron. Podzielili los milionów rodaków na polskich Kresach. Mord w Berezowicy Małej był jedną z typowych rzezi dokonanych w latach 1943-45 przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej zamieszkującej Kresy. W napadach na poszczególne wioski liczba ofiar najczęściej szła w setki, czasami “tylko” w dziesiątki, a już pojedynczych i najczęściej zapomnianych polskich mogił na tych ziemiach nikt nie zliczy.
Ostrożne szacunki wskazują, że na Wołyniu i Podolu Ukraińcy wymordowali grubo ponad 100 tys. Polaków. W samej Berezowicy Małej jednej nocy z rąk bandytów Ukraińskiej Powstańczej Armii padło 131 osób, z których 30 spalono żywcem.
O Polsce za Bugiem i o martyrologii ludności kresowej w okresie PRL-u nie wolno było głośno mówić. Po 1989 r. jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać stowarzyszenia kresowiaków, a w ślad za nimi ukazywać się monografie dokumentujące życie na Kresach i ukraińskie zbrodnie. Za sprawą świadków, którzy najczęściej własnym sumptem wydają swoje wspomnienia, Kresy powoli przestają być białą plamą na mapie naszej narodowej martyrologii.
W tej niejako “czarnej serii” dokumentującej zagładę polskich Kresów w latach czterdziestych ubiegłego stulecia ukazało się już wiele pozycji, m.in. książka Władysława Kubowa pt. “Polacy i Ukraińcy w Berezowicy Małej koło Zbaraża”, Jana Białowąsa “Wspomnienia z Ihrowicy”, Władysława Bąkowskiego “Zagłada Huty Pieniackiej” czy “Podolskie korzenie” Jana Kanasa, opisujące życie i tragiczny koniec społeczności polskiej we wsi Łozowa. Zima na Kresach w pierwszych miesiącach 1944 r. była wyjątkowo sroga
- śnieżna i mroźna. Dla miejscowej ludności był to okres wytężonej pracy. Cofający się przed Armią Czerwoną Niemcy organizowali na Podolu linię obrony. Do kopania okopów i zwożenia drzew na umocnienia zmuszali miejscową ludność.
Mieszkańcy położonej w pobliżu historycznego Zbaraża Berezowicy Małej pracowali przy niemieckich umocnieniach codziennie, nawet w niedziele. Władysław Kubów, jeden z niewielu żyjących do dziś berezowiczan, pamięta pilnującego ich Niemca krzyczącego: “weiter weiter, schneller”, i uderzającego szpicrutą po cholewie buta.
- Pomyślałem wtedy sobie, żeby tak kiedyś nasze role zamieniły się – wspomina pan Władysław. – I tak się stało, bo mniej więcej po roku to ja pilnowałem Niemców przy kopaniu okopów w Lanzbergu, dzisiejszym Gorzowie.
W Berezowicy po całodziennej pracy przy zwożeniu drzewa i rozbijaniu zamarzniętej ziemi ludzie myśleli tylko o odpoczynku. Tak przeszedł we wsi karnawał i nawet w zapusty nikt nie miał ochoty na zabawę.
Tymczasem w nieodległym sąsiedztwie wsi zaczęły gromadzić się znaczne siły przybywających z Wołynia banderowców. Polaków ostrzegali przed nimi znajomi Ukraińcy, a także wysyłani na przeszpiegi wywiadowcy. W obawie przed UPA we wsi zorganizowano nocne posterunki i patrole. Jednak tej akurat nocy berezowiczanie – po części ze zmęczenia, a po części licząc na bliskość niemieckiego wojska – zlekceważyli ten obowiązek. Nocą, gdy zmęczeni mieszkańcy Berezowicy Małej pogrążyli się już we śnie, od północy furmankami i saniami nadciągnęli banderowcy. Było ich kilkuset. Wprawieni w rzeziach na Wołyniu podchodzili w ciszy, starając się wykorzystać element zaskoczenia.
Napad zaczęli od wymordowania mieszkańców przysiółka położonego kilometr od wsi. Zabijano bez jednego wystrzału. Piotra Szewczuka przerąbano siekierami na trzy części. Wdowę Katarzynę Tomków i jej siedmioro dzieci zakłuto bagnetami.
Janowi Nowakowskiemu cięciem siekiery w usta przerąbano głowę. Zginął też najbliższy sąsiad Nowakowskiego – Józef “Słunka”, a także jego matka i siostra. Śmierć poniosła także nieomal cała rodzina Kurylczuków, która tego akurat dnia zebrała się w komplecie, by pochować zmarłą w połogu żonę Władysława Kurylczuka. Jego trzyletniego synka Ukraińcy nabili na bagnet i wijącego się z bólu unieśli do góry, a gdy dziecko machało rękoma, śmiali się, że to polski orzeł.
Rzeź w przysiółku przeżyła tylko szwagierka Kurylczuka, którą siedem razy pchnięto bagnetem, a także przeoczona przez rezunów córeczka Nowakowskich. Oprawcom zdołał wyrwać się również Władysław Kurylczuk. W koszuli i kalesonach, po pas w śniegu dobiegł do wsi, wszczynając alarm.
– Riżut, riżut – krzyczał co sił, przebiegając przez całą wieś Kurylczuk, ratując w ten sposób życie wielu mieszkańców Berezowicy.
Jednak zanim zaspani ludzie zdążyli przygotować jakąkolwiek obronę, do wsi wtargnęli Ukraińcy. Rodzina Jaworskich z bronią w ręku podjęła walkę z bandytami i dzięki temu przeżyła. Przeważnie jednak ludzie szukali ocalenia w ucieczce. Biegli do lasu, chowali się po sadach lub w obejściach ukraińskich sąsiadów. Wiele osób w popłochu schroniło się w nielicznych we wsi murowanych oborach. Części udało się ukryć w kamiennych schronach pobudowanych wcześniej na wieść o rzeziach wołyńskich.
Niebronione domostwa były bez trudu zdobywane przez banderowców. W umocnionym niczym twierdza spichlerzu Antoniego Kwaśnickiego Ukraińcy rozbili podwójne i zaryglowane od wewnątrz drzwi. Sześcioosobową rodzinę po zamordowaniu obłożyli słomą i podpalili. Podobny los spotkał 30 osób, które schroniły się w murowanej oborze Mikołaja Sesiuka. Ukraińcy najpierw wyprowadzili z niej inwentarz, a potem rozstrzelali z karabinu maszynowego posadzonych pod ścianą ludzi. Choć oborę podpalono, kilku osobom udało się przeżyć. Postrzelony Michał Budnik uciekł przez strych, zostawiając zabitą żonę i czworo dzieci. Ocalał też Hryńko Pańczyszyn. Ukraińcy zastrzelili mu żonę i córeczkę, a jemu samemu darowali życie, gdy odmówił po ukraińsku pacierz. Mimo postrzału w pierś przeżyła też Maria Dżygała. Oprzytomniała w płonącej oborze i przedarła się z niemowlęciem przez ścianę ognia.
Więcej szczęścia mieli ludzie, którzy ukryli się w murowanej oborze Jana Krąpca, ojca o. prof. Mieczysława Alberta Krąpca, słynnego filozofa, wieloletniego rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Obora Krąpców nie została całkiem spalona, gdyż leżała zbyt blisko budynków ukraińskich sąsiadów. Zresztą sąsiad ten uratował życie Polakom, gdyż oszukał banderowców, mówiąc, że obora Krąpca była już przeszukiwana. Z ukrywających się w niej ludzi zginęła “tylko” Paulina Ciurys, która nie wytrzymała nerwowo i wyszła na podwórze. Banderowcy zastrzelili ją, a następnie przerżnęli na pół piłą.
Ucieczką do lasu salwował się miejscowy ksiądz Jan Mądrzak. Razem z rodziną Ziółkowskich, u których mieszkał, uciekł do pobliskiego zagajnika. Brnąc po pas w śniegu, wydostali się też z wioski bracia Władek i Bronek Kubowowie. Strzelali do nich nie tylko Ukraińcy, lecz także stacjonujący w rejonie Turowej Góry Niemcy, na których obecność tak liczyli Polacy. Braciom udało się dotrzeć do znajomych we wsi Dobrowody. Bracia Kubowowie wrócili do Berezowicy nazajutrz rano. Przywitał ich swąd spalonych ciał i tlące się pogorzeliska. Obok domu dostrzegli ojca pochylonego nad zwęglonymi zwłokami leżącymi w śniegu. Okazało się, że szukał synów…
- Gdy szliśmy przez wieś, wszędzie widzieliśmy trupy i zgliszcza – wspomina po latach Władysław Kubów. – Przed swoim domem leżał zakłuty Jan Szymków, ojciec naszego kolegi Tadzika. Niektóre zwłoki były tak spalone, że nie sposób było ich zidentyfikować.
Władek Kubów zajrzał też do domu swojego kolegi Franka Sowińskiego. Zdrętwiał na widok leżących obok siebie zastrzelonych rodziców Franka i jego samego, w dramatycznej pozie przewieszonego przez okno. – Widać kule skosiły go przy próbie ucieczki – wnioskował Kubów.
Tej nocy zginęło w Berezowicy Małej 131 polskich mieszkańców. Zamordowanych grzebano w niezwykłym pośpiechu. Pozostali przy życiu musieli zdążyć z pochówkiem za dnia, by nie nocować we wsi-cmentarzysku. I nie tyle chodziło o lęk przed złymi duchami, co przed powrotem nacjonalistów ukraińskich, którzy w bestialski sposób mordowali dosłownie każdego napotkanego Polaka.
- Popalone trupy pozbierano w prześcieradła, włożono do paczek i tak pochowano – wspomina Maria Kozibroda, której udało się uciec w czasie masakry do lasu. – Ksiądz Jan Mędrzak powiedział, żeby wszystkich pochować w jednym grobie – to będzie pamiątka tych wydarzeń.
- Zbiłem dużą skrzynię i włożyłem do niej żonę i czworo dzieci – wspomina ranny i poparzony owej nocy Michał Budnik. – Nie zostali jednak pochowani. Zawieźliśmy skrzynię ze zwłokami na cmentarz i tak ją zostawiliśmy. Zbliżał się wieczór i trzeba było uciekać. Większość berezowiczan schroniła się w Tarnopolu. Wielu miało tam rodziny i znajomych. Wkrótce zaczęło się oblężenie i zdobywanie miasta przez Sowietów.
- Sowieccy żołnierze padali jak muchy, a Niemcy zmuszali Polaków do grzebania ich – opowiada Władysław Kubów. – Miasto było bombardowane z samolotów, ostrzeliwane przez artylerię i czołgi. Bomba zniszczyła cały nasz dobytek: konie, krowę, sanie, worki ze zbożem i mąką, a także rower – dodaje.
Walka o Tarnopol trwała pięć tygodni. Poszczególne dzielnice przechodziły z rąk do rąk.
- Do naszej piwnicy wpadali raz zdyszani Niemcy, a za chwilę Rosjanie – opowiada Kubów. – Przepędzali nas z dzielnicy do dzielnicy. Głód nieraz zaglądał nam w oczy.
Po zajęciu Podola przez Armię Czerwoną niedobitki berezowiczan wróciły w rodzinne strony. Ukraińskie bandy jakby przycichły, ograniczając się do sporadycznych napadów. Burza rozpętała się pod koniec 1944 roku.
W listopadzie dokonano napadu na pobliską polską wieś Gontowa, dokonując masowej rzezi jej mieszkańców. Wśród Polaków narastała groza i strach. Berezowiczanie bali się nocować w domach. Coraz zimniejsze noce spędzali w lasach lub u zaufanych ukraińskich sąsiadów.
W listopadzie w biały dzień dokonano mordu, który wstrząsnął polską społecznością Berezowicy Małej.
- Stałam przy oknie, patrząc na ulicę – wspomina Maria Kozibroda. – Kogoś prowadzą, a on tak głośno prosi ich i błaga o życie. To był Franek Kubów. Powiesili go na krzaku bzu.
Dnia 14 grudnia ukraińscy bandyci w niezwykle okrutny sposób zamordowali sołtysa Pawła Wiśniowskiego i Piotra Kubowa. To był przełomowy moment.
- Ludzie powiedzieli, że jak zabili Piotra i Pawła, to trzeba uciekać – wspomina Maria Kozibroda. – Uciekliśmy do Tarnopola, gdzie czekała już polska delegacja, która wyrobiła nam karty ewakuacyjne.

Marcin
Czerwiec 7, 2008
Ziemia Chełmska spłynęła krwią. Krwią niewinnych, udręczonych i zamordowanych, bo niektórzy wyobrazili sobie, że kraj będzie się miał lepiej, jeżeli prawosławie, obecne tu od tysiąclecia, zniknie bez śladu. Dziesięciolecia rugowania wiary, burzenia świątyń, kulminację znalazły w latach 40. w zbrodni. Potem nastąpiły jeszcze wywózki – na wschód i zachód.
A jednak, także dzięki heroizmowi ofiar, na Chełmszczyźnie wciąż słychać cerkiewną modlitwę. 8 czerwca ma nastąpić kanonizacja Męczenników Ziemi Chełmskiej, duchownych i wiernych, którzy w latach drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu oddali swe życie za prawosławie. Od kilku miesięcy przypominamy te tragiczne karty.
Uderzę pasterza,
a rozproszą się owce stada…
(Mt 26,31)
Niedawno jeszcze niebo czerwieniło się od płonących ukraińskich wsi, a ziemię pokrywały trupy zabitych niewinnych dzieci, kobiet, starszych ludzi oraz silnych, potężnych mężczyzn. Ukraińskie wioski zmieniały się w pustelnie. A teraz łuna bije nad polskimi osadami. Walk nie słychać, ale niebo czerwienieje. Chełmszczyzna zamienia się w całkowitą pustynię – wspomina lata 1943-1944 Ukrainiec Hryhorij Steciuk w książce “Czarni dymi na Wołyni”, wydanej w Toronto w 1968 roku.
W Hrubieszowskiem w akcjach przeciw prawosławnej ludności z mieszanych polsko – ukraińskich rodzin “przodowały” Bataliony Chłopskie. Czyniły tak również pododdziały mające powiązania z oddziałami sowieckimi (partyzantką komunistyczną), przenikającymi zza Buga. “Nici”, za które wtedy pociągano, wiodły do Moskwy, zwłaszcza do biur Związku Patriotów Polskich.
Dlatego m.in. wiosną 1944 roku Armia Krajowa Okręgu Lubelskiego wydała zalecenie, w którym zwracano uwagę, że w ostatnim czasie nawołują pewne czynniki nieodpowiedzialne lub będące na usługach obcych agentur do szukania pomsty na ludności ukraińskiej, zamieszkującej województwo lubelskie. Akcji tej należy przeciwdziałać, podkreślając usilnie, że Polacy nie są narodem morderców i bandytów, zaś za zbrodnicze czyny spotka bandytów sprawiedliwa kara we właściwym czasie.
Bataliony Chłopskie, działające niekiedy chaotycznie, a przede wszystkim Armia Ludowa “inspirowana poprzez informatorów wywiadu sowieckiego”, pyszniły się zwycięstwami, mającymi potem krwawe skutki dla obydwu stron konfliktu, a winą obarczały “pańskie” ZWZ-AK. W jednym z raportów dowódca pododdziału BCh cieszy się: Niemcy salutowali nasze oddziały, gdy te ostatnie dokonały likwidacji prawosławnych wiosek Modryń i Modryniec.
Wspomina proboszcz małkowskiej parafii św. Paraskiewy: Dnia 8 lutego 1944 r. o godz. 12 w nocy w Małkowie bandyci podpalili cerkiew oraz wieś. Cerkiewny sprzęt i książki spłonęły, mieszkańców zabito, a kto zdołał się uratować, ten uciekał z Małkowa do sąsiednich wsi.
W Białopolu pod lupą był o. Augustyn Szkwarko s. Jakuba, o którym dokument z 29 grudnia 1943 r. donosi: Członek Komitetu Ukraińskiego, często odbywają się u niego ukraińskie zebrania, poważniejszych zarzutów na razie brak, stara się przypodobać Polakom.
O innych informacje zbierano jeszcze przed wojną. 21 marca 1930 roku starosta chełmski poinformował wojewodę lubelskiego o prowadzeniu działalności konspiracyjnej przez diakona i psalmistę w cerkwi w Sawinie koło Chełma Piotra Ohryzko (Ogryzko). Podejrzana była także jego siostra Zinaida Ohryzko z Tomaszowa Lubelskiego.
Diakon Semen Ostapczuk był notowany jako członek KPZU, a Zinaida jako jego wybitna działaczka. Podejrzani utrzymują kontakt z niejakim Piętalem z Olchowa i jego zwolennikami w Koziej Górze (gm. Olchowiec – Wierzbica koło Chełma) . Starosta postawił wniosek o pozbawienie diakona Ostapczuka etatu psalmisty. Trudno było natomiast ukarać diakona, potem duchownego Piotra Ohryzko, gdyż nie był na dotowanym etacie, a na utrzymaniu wiernych.
Podczas wojny o. Ohryzko był proboszczem w parafii Czartkowiec koło Zamościa. Podczas Liturgii św. wyprowadzono go z cerkwi, wlokąc po schodach i roztopionym błocie i śniegu w szatach liturgicznych. Na zewnątrz świątyni został zastrzelony, a ciało jego spalono. O orientacji ideowej “wykonawców” tego wyroku świadczyć mogą strzępy rozmów, które dolatywały podobno z daleka (słyszała to przestraszona młodzież szkolna, dla której służył Liturgię wielkopostną o. Piotr): Powinno się wybić wszystkich popów, wyniszczyć swołocz bez śladu. Przed spaleniem musiano jednak duchownego rozebrać z szat, bo ubłocone (rzecz działa się na łąkach za cerkwią) nie chciały się zapalić. Wydarzyło się to 10 kwietnia 1944 roku. Nie jest wykluczone, że “autorami” tragedii były oddziały antypolskie i antyukraińskie, które ukrywały się – jak sądzą niektórzy historycy – pod kryptonimem “Międzynarodowy Legion UPA”. W ich skład wchodzili głównie Azjaci, byli żołnierze Armii Czerwonej, wspomagani przez “przewodników”, tutejszy przedwojenny element kryminalny. Oblicza się, że ten dość dobrze uzbrojony i wyszkolony oddział liczył w marcu 1943 roku około dwustu ludzi.
Raporty AK-WiN mówiły w roku 1943 o szczególnie powikłanej sytuacji na południu Lubelszczyzny: Wyprawy na Potok [Górny - przyp. GJP], w których uczestnicy używali sobie specjalnie na Ukraińcach. Z biegiem czasu Ukraińcy i tak dowiedzieli się, kto te wyprawy urządzał.
W tej atmosferze ginęli zwłaszcza ci, którzy nie zdawali sobie do końca sprawy z rozgrywek polityczno – narodowych. Zginęli o.o. Aleksander Marcinkiewicz z Szewni Zamojskiej i Aleksander Kagań, odpowiednio w marcu i wrześniu 1943 r. O. Kagań, proboszcz w Lipinach koło Biłgoraja w gminie Potok Górny, nie był w ogóle związany z ugrupowaniami ukraińskimi. Był raczej, jak to określano, “moskalofilem”, nawiązującym do tradycji prawosławnej Świętej Rusi.
Na pobiciu, obrabowaniu i ostrzelaniu (tylko!) zakończyły się napady na duchownych: Jana Antoniuka z Suchawy koło Włodawy, Teodozjusza Minkiewicza z Horostyty i Andrzeja Drzewieckiego (lub Drewieckiego) z Otrocza koło Janowa.
O. Drewiecki zawdzięcza życie tylko temu, że jako wdowiec samotnie wychowywał dwoje dzieci – od śmierci matuszki Drewieckiej w 1929 roku, gdy posługiwał jako kapłan w Bończy w powiecie krasnystawskim. W latach 1929 – 1930 był tam wikariuszem, a od 4 lutego 1931 roku proboszczem.
O. Drewiecki urodził się 28 października 1878 r., na początku lat 20. uzyskał obywatelstwo polskie (po powrocie z bieżeństwa i ustaniu działałań wojennych 1920 roku). Został wtedy wikariuszem etatowej filialnej cerkwi w Tomaszowie Lubelskim. Po śmierci żony przeniósł się z Bończy do Syczyna, mieszkając na miejscu projektowanej parafii w Sawinie koło Chełma. Ponieważ władze administracyjne stwarzały problemy nie do pokonania nawet przez metropolitę Dionizego, 19 września 1935 roku o. Andrzej został przeniesiony na probostwo do Otrocza w powiecie Janów Lubelski, gdzie zastała go wojna. M. Siwicki w “Polsko – ukraińskim konflikcie” podaje, że ks. Drzewiecki przeżył rekordową liczbę najść, kradzieży, znęcania się i rozbojów. Pięć razy był dotkliwie pobity i trzy razy ostrzelany.
Podobne napady przeżywał na Podlasiu o. M. Weremczuk z Holeszowa. Zawsze kończyły się one stratami materialnymi, co przy niezbyt zasobnej kieszeni i z uwagi na trudy okupacji stwarzało stan dramatycznej biedy. Do tego dochodziły zszargane nerwy.
Inaczej niż na początku okupacji hitlerowskiej, bliżej roku 1945, wiele osób wyznania prawosławnego żałowało, że aspirowało do narodu uk raińskiego pod namową napływowego elementu z terenów wschodnich (raport AK-WiN, obwód biłgorajski, z 4 stycznia 1944 roku).
Dalekowzroczność okazał np. pop Onufrejczyk z pow. Biłgoraj, który w rubryce narodowość napisał; «Umsiedlung aus Rumänien» (przesiedlony z Rumunii). Miał jednak problemy, gdy weszli sowieci i NKWD rozliczało każdego “sojusznika Giermancew”. Rumunia w tym okresie była państwem satelickim III Rzeszy.
Zdarzały się sytuacje, jak niżej opisana z początku 1945 r.: Oddziały NKWD, chcąc sprowokować i rozpętać walki między Ukraińcami i Polakami [na nowo - przyp. GJK], gdy już ich oddziały nie walczyły ze sobą, napadły na Dynów jako Ukraińcy. Ludność polska stawiła opór zbrojny i zawezwała do pomocy wojsko. Wobec interwencji wojska dowódca NKWD decyduje się na krok rozpaczliwy, na dekonspirację. Ale zaraz potem, kilka dni po zdarzeniu, polskie wsie biorące udział w obronie Dynowa zostały spacyfikowane przez NKWD i UB. Natomiast przed oficjalnym wkroczeniem sił sowieckich, zwłaszcza na przełomie 1943 i 1944 r., wielokrotnie stwierdzono – wywiad polski i ukraiński – że agenci Kominternu naprowadzali Gestapo na Polaków, występujących przeciwko agitacji komunistycznej… Akcja Gestapo prowokuje spokojną ludność i zapędza w szeregi komunistyczne.
Do wyjaśnienia pozostaje w dalszym ciągu zabójstwo prawosławnego duchownego i diakona w Buśnie. Za podejrzenie o udział w tym mordzie “Mściwój-Dar” – posterunkowy w Tarnogrodzie, później w Białopolu – został przeniesiony do Sławatycz.
Na tle “rozliczeń” powojennych doszło do aresztowania i zabicia o. Józefa Krotkiewicza [w dokumentach AK-WiN figuruje jako Łukasz - przyp. GJP].
Ten młody, bo z trzynastoletnim stażem, duchowny został aresztowany 1 sierpnia 1943 roku w rejonie Biłgoraja, a zgładzono go prawdopodobnie po przetrzymywaniu i torturach (?) dopiero latem 1944 roku. A może chodzi tutaj o dwie osoby: syna i jego ojca kapłana? Był też inny kapłan o tym nazwisku – stryj?
Bez żadnych usprawiedliwień pozostaje bestialskie wymordowanie kilkuosobowej rodziny Sajów z Luchowa Górnego. Pobożna, bogomolnaja, prawosławna rodzina, darzona wielkim szacunkiem, mieszkająca tutaj od pokoleń, została w ciągu jednej nocy zamordowana, bo “trzymała z popem”, a więc była wierna chrześcijańskiej tradycji, którą inni uważali za przeżytek.
W związku z tym morderstwem w dokumentach Archiwum Państwowego w Lublinie napotykamy tekst wyroku śmierci sądu podziemnego AK na Józefie Krawczuku. On to na czele sześciu ludzi dokonał zabójstwa na tle rabunkowym w nocy z 2 na 3 lipca 1945 roku. Wyżej wymieniony – głosi uzasadnienie wyroku w imieniu Polski Podziemnej – bandyta ze swoją szajką dokonał rabunków i pięciu mordów na osobach prawosławnych, także w Tarnogrodzie. Wszystkiego dokonuje pod przykrywką AK od jesieni 1944 roku.
Było to jednak już tylko tamowanie rwącego potoku. A może i rzeki krwi, która płynęła także przez ręce władców nowej rzeczywistości, wzorujących się od 1945 roku na bratobójczych akcjach Stalina i jego “wyznawców”.
Historycy, chciwi na dokument, archiwalną sensację, jakikolwiek ślad po tamtych czasach, ubolewają, że tak mało jest świadectw, zapisanych stron papieru, które ze szczególnym “smaczkiem” można by było wydrukować, skomentować… “Kwitów” nie ma. Trzeba więc słuchać, pytać, gromadzić ustne przekazy, porównywać, aby ocalić od zapomnienia. Żeby ktoś w międzyczasie nie stworzył nowej “prawdy”, w której nie rozpoznamy już niczego.
Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy żyło więcej osób z pokolenia sanacyjno – okupacyjnego, można było z ich pamięci czytać historyczne autentyki. Jakże często, wskazując na tych “zaradnych”, którym powodziło się pomimo ogólnej, równo dzielonej, biedy, mówiono: “Doczesna fortuna była budowana na ludzkiej krzywdzie”. I nie można uspokajać się stwierdzeniem: zawsze tak było.
A jak jest dzisiaj? Mamy nową rzeczywistość, sięgamy do swoich korzeni regionalnych, do historii małych ojczyzn. I przemilcza się w powstających jak grzyby po deszczu monografiach, szkicach, historiach krain i miejscowości fakty dla wielu niewygodne. Najczęściej milczy się o tych, którzy są słabi i bronić się nie są w stanie. A jeśli nowi – wpływowi pochodzą z domów, którym “się powiodło”, bo zostało im mienie “po Ruskich”? To budują nam zupełnie nową historię, w której dojrzeć można ledwie karykaturę wydarzeń.
Dobrze, że otwierają się usta, nim mrok niepamięci pokryje kurzem najnowsze dzieje. Nie zbudujemy godności człowieka na tej ziemi bez rzetelnej prawdy historycznej. Nie wolno jej więc naginać do przejściowych koniunktur, choćby stali za tym wielcy tego świata. Dobrze, że tak wiele osób z Dratowa, Chełma i innych okolic Chełmszczyzny i Podlasia, z całej Lubelszczyzny, potrafiło odważnie, po tylu latach, przekazać swoje świadectwo, aby można je było spisać i przedstawić współczesnemu światu. “Każdy się bał… baliśmy się” – nieraz słyszałem te słowa.
Boją się owce, gdy im zabiorą pasterza. I bardzo się te owce rozproszyły, opuściły owczarnie. Pasterze, duchowni i biskupi, powrócili w miejsce, gdzie rozproszyło się ich stado. Zgarniają je do kupy. A krew męczenników jest przecież nasieniem chrześcijaństwa. Jest wiosna, i gleba oczekuje ziarna. Kiedyś będą obfite plony…
Opinie: (2003-04-14 10:27) – Kriss
powinno być:
Hryhorij Steciuk
“CzOrni dymY na Wołyni”