Ale czy to jest jeszcze polityka? Czy to znaczy, że Ziemkiewicz, Zaremba, Migalski już się nie liczą?

Posted on Czerwiec 8, 2008

0


Eryk Mistewicz dla DZIENNIKA

środa 4 czerwca 2008 14:04
Tak manipuluje się polską polityką
Tak manipuluje się polską polityką Zamknij
Mistewicz: Tak manipuluje się polską polityką
Mistewicz: Tak manipuluje się polską polityką

Gdyby posłowie, którzy wcześniej stanowili prawo i wyznaczali najważniejsze
trendy, rozejrzeli się spokojnie, dostrzegliby, że polityka jest tworzona
obecnie w internecie, mediach, politycznym PR – mówi DZIENNIKOWI specjalista od
wizerunku politycznego, Eryk Mistewicz.

MICHAŁ KARNOWSKI: Ile zapłaciła panu Ewa Sowińska za to, że z historii o
denerwującej wszystkich kobiecie zrobił pan opowieść o wymagającej współczucia
dobrej pani rzecznik, która po prostu się pogubiła, bo peszyły ją kamery?
ERYK MISTEWICZ*: Z całym szacunkiem, moje archiwum jest tajne i będzie takie
przez najbliższe sto lat.

Jak nazwać to, czym się pan zajmuje?
Budowaniem wizerunku z użyciem marketingu narracyjnego, najskuteczniejszego dziś
narzędzia. Przeprowadzam polityków z XIX do XXI w.

Czyli nauka pudrowania i błyszczenia przed kamerą oraz postępowania z mediami i
z dziennikarzami?
(śmiech) Tak było kiedyś. Dzisiaj dziennikarz czy publicysta nie jest mi do
niczego specjalnie potrzebny, bo to już nie wy – z całym szacunkiem –
tłumaczycie ludziom politykę. Media, politolodzy i socjolodzy przestali być
potrzebni w starej roli – objaśniających, co polityk zawarł w mądrej
kilkugodzinnej wypowiedzi. Kilka lat temu jedno zdanie polityka było równe
akapitowi składającemu się z 5 – 6 wersów i tylko kilka tysięcy ludzi w Polsce
rozumiało, co ten polityk ma na myśli, a Jadwiga Staniszkis, Marek Migalski i
Piotr Zaremba przekładali to czytelnikom i widzom. Obecnie polityk mówi: „Yes,
yes, yes” albo „Cudownie mi z wami. Nie jedzcie zbyt tłusto. Spotkamy się po
majówce i wtedy opowiem, co moi ministrowie zrobili dla Polski”. I po co tu
jakiś pośrednik?

Czy to znaczy, że Ziemkiewicz, Zaremba, Migalski już się nie liczą?
Za pięć lat okaże się, że komunikacja jest budowana ponad nimi albo obok nich.
Że w ogóle będzie ich omijać. Nie trzeba głębokiej przenikliwości, by dostrzec
ten proces. Pięć lat temu ton w polityce nadawała jedna gazeta plus
„Wiadomości” o 19.30 i może poranne „Sygnały Dnia”. Tam mówiono, jak rozumieć
to, co się dzieje, kto jest dobry, kto zły, kto jest kompletnym wariatem, a kto
ostoją rozsądku. A dziś? Duże media mają do powiedzenia prawie tyle samo ile
Kataryna, Maria-Dora, Azrael czy inni trend bloggerzy. Może są głosem
silniejszym, ale jednym z wielu.

Bo pojawiły się inne media, inne dzienniki i przestaliśmy być krajem jednej
gazety?
Nie tylko. Ludzie coraz trudniej znoszą manipulację, a polityka – utożsamiana
przez nich właśnie z ciągłą manipulacją – przestaje ich obchodzić. Coraz
krytyczniej patrzą na autorytety i coraz trudniej wierzą elitom. Polityka idzie
sobie, a ludzie sobie. Z dala od tego wszystkiego.

O ile dzisiejszy znaczący publicysta ma mniej siły niż ten sprzed dziesięciu
lat?
Dziesięć lat temu kilku publicystów w sejmowej restauracji „Hawełka” było w
stanie obalić rząd, a wcześniej na drugie śniadanie odstrzelić ministra.
Wspólnie mogli przekonać opinię publiczną do każdej tezy. Dziś to już
niemożliwe, bo znikoma część komunikacji odbywa się za ich pośrednictwem.
Komunikacja jest rozproszona, zresztą zmienia się też sama polityka. Dziesięć
lat temu minister obrony był królem życia i śmierci dla żołnierzy i dla
obronności kraju. Dziś Bogdan Klich może polecieć do Afganistanu i zrobić sobie
kilka zdjęć. Niewiele więcej. Jego rola została zredukowana przez organizmy
multinarodowe.

Politycy o tym wiedzą? O tym, że mają znacznie mniej władzy?
Niektórzy tak. W podobny sposób zmieniła się rola parlamentu. Gdyby posłowie,
którzy wcześniej stanowili prawo i wyznaczali najważniejsze trendy rozejrzeli
się spokojnie, dostrzegliby, że polityka tworzona jest obok Sejmu. Że
najważniejsze procesy dzieją się obok: w internecie, mediach, w politycznym PR.

Czy w takim razie politycy jeszcze w ogóle rządzą?
Na pewno administrują. Mniej lub bardziej sprawnie. Jeśli mają wizję, jeśli
potrafią tę wizję zrealizować wspólnie z ludźmi, wciągając ich do swojej
narracji, to można powiedzieć, że rządzą. Ale jeśli zamykają się w swoich
kancelariach i pałacach, to oni sobie, a ludzie sobie. Jedna strona jest
drugiej zbędna. Organizmy multinarodowe, NATO, Komisja Europejska, Unia,
zabezpieczają to, czym jeszcze niedawno rządzili politycy: armia, gospodarka,
infrastruktura. Ceny połączeń telefonicznych w Polsce, to gdzie biegną
autostrady, gdzie jadą polscy żołnierze na misje – to wszystko decyduje się już
bez nich. Dla polityków bez charyzmy rzeczywiście pozostaje robienie dobrej miny
do tej gry.

Wy rządzicie?
Bez przesady. Pomagamy politykom skomunikować się z ludźmi.

To ile politycy mają realnej władzy, mocy powiedzenia: tak chcę lub tak powinna
zmienić się rzeczywistość?
Sami wiedzą, że nie są wielkimi rycerzami rzeczywistości i czarownikami. Bo nie
jest już tak, że mając telewizję państwową, dzierży się rząd dusz.

Nie ma znaczenia, kto ma telewizję publiczną?
Niewielkie. To już nie tu idzie batalia. Dobrą historię można sprzedać nawet
przez bloggera.

Skoro publicyści mogą dziś mniej, duże koncerny medialne także, nie mówiąc o
politykach, to kto może więcej? Jakie zasoby decydują o wygranej?
Wygrywa ten, kto lepiej opowie swoją historię, kto ma lepsze zaplecze. Ten, kto
głosi długie referaty i czeka, że ktoś wygłosi kontrreferat, traci widownię.
Najskuteczniejszą techniką jest dziś ta, którą nazywam marketingiem
narracyjnym, tworzeniem ciekawej opowieści, porywającej story do powtarzania w
windach, w 30 sekund. Takich jak opowieść, że paliwo jest za drogie i polityk
pokazuje to, tankując do baku – albo o grillowaniu, które jest uproszczonym
przekazem, że dobrze rządzę.

Tylko co to wszystko daje? Uruchamia emocje? Psuje demokrację.
Niekoniecznie. Jeżeli przed wyborami Roman Giertych opowiedziałby ciekawą
historię o np. zgermanionej, uległej Niemcom Polsce, natychmiast uruchomiłby
podział na tych, którzy uznają, że to, co mówi Giertych, jest ich prawdą. Wtedy
druga strona opowiada inną historię – kontrnarrację. W efekcie frekwencja
wyborcza zaczyna rosnąć jak na drożdżach. Choć oczywiście nikt się nie zagłębi
w temat, nikt nie zbada stopnia zgermanizowania kraju. Kto trafi w czuły punkt,
kto spowoduje, że ludzie będą opowiadali sobie jego historię w windach, ten
wygrywa. Nie są do tego potrzebni Karnowski, Staniszkis czy Migalski. Ani nawet
Michnik czy Krasowski.

To są opowieści, które tworzy się od zera, dorabiając do nich dopiero potem
politykę? Czy jednak najpierw jest jakaś myśl polityczna i to do niej
dopasowuje się historię?
Optimum: polityk ma ideę, a jednocześnie jest otwarty na takie zabiegi. Nicolas
Sarkozy jest tu najlepszym przykładem. Przed wyborami powiedział, że skończy z
socjalem 35 godzin pracy, z tym wszystkim, co blokuje rozwój i dynamikę
Francji. To było jego przesłanie. Ale jak je opowiedział! Choćby zwołując
konferencję prasową o 4.30 rano, na giełdzie towarowej w Rungis, bo chciał
pokazać, że jest z tą Francją, która budzi się wcześnie i ciężko pracuje. Dwa
dni później zwołał konferencję prasową o północy z anestezjologami w szpitalu
po to, żeby pokazać, jak ciężko pracują ludzie, nie patrząc na jakiś bzdurny
przepis o godzinach pracy. A jak pokazał, że tożsamość narodowa jest dla niego
ważna? Wystawa w bibliotece Mitterranda miała tytuł „Od Achillesa do
Zidane’a”, gdzie wszyscy bohaterowie świata okazali się być Francuzami.
To Francuzi coś wymyślali, dawali innym, a tamci tylko to rozwinęli. Gdyby w
Polsce ktoś zrobił wystawę „Od Króla Popiela do Roberta Kubicy”, to między nimi
zmieściliby się Bolek i Lolek, Piłsudski, Malinowski odkrywający świat, genialni
deszyfranci Enigmy, Curie-Skłodowska, idący dziś w zapomnienie Dywizjon 303 itd.
Francuzi potrafią posługiwać się marketingiem narracyjnym, budując w ten sposób
swoją tożsamość. Potrafią to też Rosjanie, kręcąc „1612”, potrafią również
Amerykanie. Tylko Polacy zastanawiają się, czy to wypada? Bardzo wypada!

Ciekawe, ale czy prawdziwe? Mam wrażenie, że słowo „wizerunek” zastępuje pan
słowami „historia”, „opowieść” i to wszystko. Konferencje w dziwnych miejscach
zdarzały się już wcześniej.
Ale jako uzupełnienie, a nie przekaz podstawowy. Komunikacja polityczna
wyglądała tak, że polityk wychodził na plenum partii, dziennikarze szli do
galerii, polityk coś mówił, zazwyczaj nieskładnie, choć w mądrej głowie miał
często wielką wizję, której nie potrafił przekazać. Potrzebował więc
dziennikarzy. Sam swojej narracji nie potrafił opowiedzieć w kilkadziesiąt
sekund obrazem i dźwiękiem, skojarzeniem. I tylko tym! Dlatego w tej chwili
robi porządki w domu w Krakowie i czeka na przyjazd żony.

Jan Rokita, bo rozumiem, że o nim pan mówi, przegrał, bo nie umiał opowiedzieć
swojej historii?
Nie umiał.

Próbował i nie był najgorszy. Wychodził i mówił: – Jestem Jan Rokita i wiem, jak
szarpnąć cuglami.
Tak, nie był najgorszy. Były chwile, gdy bardzo się starał, tu zgoda.

Mówił też, że zbuduje uczciwe i tanie państwo.
Nie potrafił jednak tego przełożyć na język konkretów. Nie pojechał na
podwarszawskie osiedla i nie powiedział chuliganom, że są patologią i za chwilę
wejdzie tu Kaercher, odkurzacz, który zrobi z nimi porządek. Gdyby to powiedział
ostro i w tamtym krajobrazie, skupiłby emocje społeczne. Jedni byliby za, bo
trzeba pogonić chuliganów, inni przeciw, bo ważne są prawa obywatelskie. I
poszliby zagłosować.

Rozumiem, że Lech Kaczyński w 2005 r. opowiedział historię o szeryfie?
W sumie to była ciekawa, zborna opowieść, w której nawet element „spieprzaj
dziadu” dobrze się wpasował. Podobnie jak pognanie na „yachting immigration”
Ryszarda Krauzego. Element wściekle atakujących mediów też pasował. Elity
mówiące, że to zagraża demokracji i późniejsza historia z rzuconym przez
Niemców kartoflem też, jak najbardziej, pasowała do tej narracji.

A kampania Tuska w 2007?
Obecny premier dopiero dwa tygodnie przed wyborami zrozumiał, jak się wygrywa w
polityce. Zauważmy, że trzy tygodnie przed wyborami był poniewierany, wyzywany
od ciamciaramci i niewielu dawało Platformie szanse. Zaważyły dwie sprawy –
debata, w której Tusk zastosował niezłą kontrnarrację, gdzie obnażył słabość
szeryfa Kaczyńskiego. Wprowadził gromadę dzieciaków i usadził za Kaczyńskim.
Docinały o niewypastowanych butach, Lepperze, przezywały i gwizdały, mając
jeden cel: wyprowadzić go z równowagi. W tym momencie szeryf przeszedł
najważniejszy test kampanii. Mógł przerwać debatę i zażądać twardo, że albo
straż telewizyjna za chwilę to towarzystwo wyprosi, albo on wychodzi. Wtedy
kontynuowałby swoją opowieść o silnym przywództwie, o zdolności wyegzekwowania
reguł. Ale on udawał, że nie widzi tego, co widziała cała Polska. I przegrał.
Balon, sprawnie nakłuty, pękł. Bo skoro nie może poradzić sobie z tymi
dzieciakami, to jak poradzi sobie ze sprawami Polski? Zdecydował obrazek, scena
– nie słowa.

Ale to jest ośmeszenie opowieści przeciwnika. A właściwa narracja Tuska?
Nie było żadnego uzasadnienia, żeby Donald Tusk wylatywał do Wielkiej Brytanii w
szczycie kampanii, ponieważ to, co przynosi zagranica to maksimum 30 tysięcy
głosów, na dodatek głównie ze Stanów Zjednoczonych. Gra szła o może 2 tysiące
głosów, czyli nic. A on poleciał, zostawiając debaty TV, możliwość spotykania
się z ludźmi na wielkich wiecach.

Nie pojechał więc – jak mówił – szukać głosów młodych Polaków emigrantów?
Oczywiście, że nie. Szukał głosów ludzi uważających, że w Polsce nie ma
przyszłości, nie ma mocy. I do tego potrzebna mu była opowieść o cudzie. W
istocie ten komunikat był skierowany do ludzi w Polsce: nie musicie wyjeżdżać,
razem stworzymy cud. Zaprosił ludzi do udziału w cudzie. I świetnie odegrał
ostatnie dni kampanii – pochylonego, wsłuchanego w ludzi, proszącego, wręcz
żebrzącego o głosy.

Nie było tutaj mediów jako pośrednika?
W niewielkim stopniu. Tusk pokazał się w Londynie, wśród młodych, i wszyscy
musieli to nadać. Ale on kontrolował przekaz. Porównam to do ostatnich chwil
kampanii Sarkozy’ego i Royal. Royal spotykała się z mastodontami partii
socjalistycznej. Sarkozy natomiast przejechał na białym koniu w stroju z
westernu – czego organizacja trwała wcześniej półtora miesiąca – ubrany w lekki
strój, jeansy. W tle były stepy Camargue. Nie trzeba było nawet podkładu
muzycznego, powstała scena jak z „W samo południe”. Szefowie stacji
telewizyjnych nie mieli wyjścia, musieli puścić ten obraz. W następnej turze
pojawił się w miejscu, w którym grupka Francuzów broniła się w czasie I wojny
światowej przed atakującymi Niemcami: 15 Francuzów kontra kilkutysięczna grupa
Niemców. Bronili się tam przez kilka dni. I oglądaliśmy znowu sam obraz: białe
krzyże i Sarkozy. Przesłanie jasne, wyjątkowo jasne.

A dzisiaj, tu w Polsce, kto nam co opowiada?
Teraz kampania jest permanentna. Każdego dnia, budząc się i włączając rano radio
lub telewizję, mamy do czynienia z linią dnia, z pierwszym przekazem, pierwszą
historią, która będzie grana tego dnia do oporu. Najciekawsze historie mogą
trwać po trzy dni, maksimum tydzień. I potem zamieniane są w następne.

Kto decyduje, która z kandydatur na opowieść dnia wygrywa?
Ci, którzy są lepsi. Znowu odpowiem przykładem z Francji. W pewnym momencie
pojawiła się informacja, że złapano posła rządzącej partii UMP na tym, że
pobierał w ostatnich dwóch latach zasiłek dla bezrobotnych. Media szybko
rozrabiają sprawę. Ale politycy UMP przykrywają to informacją, że Nicolas
Sarkozy zgłosił przed godziną wniosek do UNESCO, by wpisać na listę dziedzictwa
narodowego świata kuchnię francuską. Mija pół godziny i to jest tematem dnia. O
sprawie zasiłku zapomniano – bo to o kuchni ludzie będą dyskutować w windzie.

Gdyby przełożyć to na warunki polskie i posła PiS, który wyłudza becikowe, to
prezydent Kaczyński powinien wyjść i oświadczyć, że Kraków powinien być na
jakiejś super liście UNESCO, a nie na tej zwykłej?
Nie. Komunikat mógłby brzmieć tak: prezydent chce, by Kraków został dopisany do
miast, w którym odbędzie się Euro 2012. To przykryłoby absolutnie wszystko.

Kto w to gra?
Wszyscy, którzy potrafią.

Powtarzam pytanie – gdzie jest władza narzucania głównego komunikatu dnia?
Mamy do czynienia z paroma procesami naraz. Po pierwsze ze zmianą wewnątrz
środowiska dziennikarskiego, które jest skłócone i walczy o newsy za wszelką
cenę. Po drugie, wygrywające historie są po prostu tak ciekawe, że nie można
ich nie puścić.

Jak to się ma do tego, że w redakcji siedzimy rano i planujemy, o czym będziemy
pisać?
Szczerze? Wasza gazeta jest już zaplanowana poprzedniego dnia. Zanim dojedziecie
na kolegium redakcyjne, słuchacie radia, telewizji i przeglądacie inne gazety –
i już wiecie, co jest tematem dnia. Tylko że tak naprawdę to nie jest wasz
temat dnia.

Są ludzie, którzy mają za zadanie narzucanie tematu dnia?
To nie jest odkrycie. Tak się uprawia politykę na całym świecie.

Kto dziś nadaje linię dnia?
Prawie 80 proc. linii dnia to w tej chwili przekazy Platformy, 20 proc. PiS.
Błędem PiS jest nieumiejętność stworzenia ciekawej narracji dla ludzi – nie
liderów. Spin doktorzy PiS skupili się na podrzucaniu tematów dla tych samych
odbiorców przez te same kanały dystrybucji. Do nich należy więc niedziela
wieczór z informacją, co też poda następnego dnia jeden z tygodników. Do PiS
należy więc poniedziałek z przekazem, że np. Julia Pitera nie zapłaciła
podatku, Ćwiąkalski uniewinnił gang obcinaczy palców itd.

Ale już nie wtorek?
Inne kanały dystrybucji używane przez spin doktorów PiS zamykają się przed nimi.
Dziennikarze śmiać się zaczęli z jakości ich „wrzutek”, nie są one też tak
ciekawe, nie niosą bowiem emocji w rozumieniu opowieści, które mogłyby żyć
dłużej, i które jak fala rozchodziłyby się po ludziach. To potrafią opowiadacze
historii, czyli story spinnersi. Ich celem nie jest prostackie zdobycie głosu na
daną partię polityczną, ale opowiedzenie ciekawej historii, którą ludzie będą
sobie powtarzać. A PiS nie ma w tej chwili swojej historii.

Mają złą historię czy jej w ogóle nie mają?
Mit założycielski PiS runął wtedy, gdy runął mit szeryfa z westernu.

Ani Lepper, ani Giertych nie mieli na to wpływu?
Nie. To była sinusoida, która przebiegała w miarę stabilnie. Z tamtych kryzysów
wizerunkowych mógł wyjść kocią sprawnością, ale z tego już nie.

Jaką historię opowiada dzisiaj Platforma?
Nowoczesnego, uśmiechniętego państwa. Z jednej strony opiekuńczego – gest
niemowlęcia z orędzia grillowego, z drugiej strony nowoczesnego – nie
uciekajcie, zostańcie z nami. Będzie normalnie i nikt nie będzie do was
strzelał, możecie robić biznes, możecie się kochać z kim chcecie, jeśli tylko
druga osoba to akceptuje.

To nie jest opowieść na dobre czasy.
Na dobre czasy. Kto przyporządzi i opowie kontrnarrację pierwszy, będzie miał
szansę tę narrację zniweczyć. Bo to opowieść podatna na atak.

Czy takim odczarowaniem nie był moment, w którym premier Tusk pojechał w „podróż
życia” do Peru?
Nie. Tak by było, gdyby kluczył i powiedział: jadę do Peru i będę ciężko
pracował. A on był szczery i stwierdził: będzie fajnie, żonie też się podoba,
marzyła o tym.

A jak podoba się panu opowieść Kaczyńskiego o złych mediach?
Historia o złych mediach doskonale sprawdza się wtedy, gdy wytworzyliśmy
narrację dominującą, opowiedzieliśmy ją, skupiając już na niej emocje ludzi.
Jeśli przeciw nam i naszej historii występują złe media, tylko nas to wzmacnia.
Tak jak w historii z gejami i Niemcami. Idziemy pod prąd, złe media atakują – i
to nas wzmacnia. W momencie, gdy nie mamy nic do powiedzenia, a media są
przeciwko nam, tylko przegrywamy. Nie budzimy sympatii, bo nie wiadomo, o co
nam chodzi.

Jaki jest przepis na kontrnarrację?
Obydwie partie, które są dziś w proszku – zarówno PiS, jak i lewica – mają co
roku kilkanaście do dwudziestu kilku milionów złotych każda, a pan chce, bym
tak od niechcenia, tu i teraz, zdradził przepis na dobrą kontrnarrację?

Wydaje mi się, że ich kontrnarracją jest konsekwentne mówienie o lenio-tuskach.
Nie. I to nie tylko dlatego, że wykonanie jest fatalne – aż do stwierdzeń, że to
przez Platformę śnieg spadł i dlatego nie ma prądu w Szczecinie. Bo kto traktuje
taki przekaz poważnie? Poza tym, to nie jest story do powtarzania przez ludzi w
windach, z wypiekami na twarzy. Co gorsza, buduje tylko obraz pisowców, którzy
nie chcą sukcesu Polski i wciąż plują Tuskowi do zupy. Na tysiąc sposobów da
się to rozegrać inaczej.

Co można powiedzieć? Zbudować obraz jak Rosjanie pokazujący Miedwiediewa, który
idzie przez Plac Czerwony z Putinem? Z obrazem z jednej państwowej kamery, z
monumentalną muzyką.
Dokładnie tak. To ta sama Rosja, tylko pomalowana. Wokół może być kompletny
nieład, ale przekaz jest dobry. A co mówi poseł PiS Joachim Brudziński? Ciągle
powtarza, że się Tuskowi nie uda. I nic więcej nie ma do powiedzenia.

A jak naprawdę im się coś nie uda? Co wtedy się robi? Jak działa?
Jeśli zdarzy się jakaś wpadka, potknięcie, duża historia typu gang obcinaczy
palców albo Tusk nie radzi sobie z przekazami z Peru, wtedy każda
sprofesjonalizowana partia polityczna uruchamia Stańczyków. I albo takiemu
Stańczykowi w nieznanych okolicznościach ktoś podpala samochód i to jest
sprawa, która może przykuć uwagę opinii publicznej na dwa, trzy dni, albo
wychodzi Stańczyk i mówi, że ważny polityk opozycyjnej partii jest zarażony
HIV. Opozycyjna partia robi konferencję prasową, ogłasza, że to kłamstwo,
oddaje sprawę do komisji etyki poselskiej, komisja etyki musi się zebrać, więc
mamy kolejny news. Machina ruszyła. Wpadka została przykryta czymś, co
zogniskowało uwagę.

Myśli pan, że ktoś w Polsce mógłby się posunąć do podpalenia samochodu swojego
działacza ze względu na opinię publiczną?
Polityka jest zajęciem wyłącznie dla dużych chłopców.

Czy głośne podpalenie samochodu Julii Pitery mogło być takim trikiem?
Odpowiem tak: jeden z moich przyjaciół, gdy coś niezbyt sympatycznego działo się
z sondażami poparcia dla jego klienta – to było poza Polską – wymyślił, aby
przywódca wyzwolił z rąk terrorystów przetrzymywanego obywatela tego kraju.
Poleciał z siłami specjalnymi, a ponieważ wiadomo, gdzie jest przetrzymywany od
ośmiu lat, 30 uzbrojonych ludzi odbiłoby zakładnika i wróciło do kraju. Było to
możliwe i nie wiem, czy nie zostanie jeszcze zastosowane.

W polskich warunkach duzi chłopcy też się bawią w takie gry?
Gdyby tego nie robili, znaczyłoby to tyle, że nie wiedzą, jakie jest miejsce
geostrategiczne Polski i o co toczy się gra.

Czy w tym ujęciu jest miejsce na dobro państwa? Czy politycy w ogóle się tym
kierują w jakimkolwiek stopniu?
Wielu przynajmniej się stara. Cieszę się, gdy polityk z kręgosłupem, ten z XIX
w., przejdzie sprawnie do XXI w.

Czy jest w tej grze jakiekolwiek miejsce na prawdę?
Zbyt wielkie i nieudolnie zbudowane kłamstwo ma krótkie nogi. Dobra narracja,
historia, oparta na zakłamaniu, wcześniej czy później detonuje. Będzie duże
bum. I sporo odłamków. To się po prostu nie opłaca. Dobra opowieść buduje
historię z prawdziwych elementów, jedne z nich uwypuklając, inne pomijając.

Czy to wszystko nie jest przypisywaniem ideologii do czegoś, co dzieje się w
dużej mierze siłą fali, która jest albo jej nie ma? W czasie kampanii PiS był
pan pod wrażeniem szeryfa Kaczyńskiego. I zdarzyła się debata, która to
wszystko wywróciła. Plakat Tuska z cudem, który śmieszył przed debatą, nagle
stał się genialny? To dopisywanie teorii do faktów. Może kluczowe są jednak
atakujące media?
Kwestia techniki. Media opowiadające się jawnie i bez przebaczenia przeciwko
Kaczyńskiemu mogą go wzmocnić, o ile wcześniej opowie on porywającą, zrozumiałą
dla ludzi historię. Poprzednia legła w gruzach.

Wróćmy jeszcze do Platformy. Jak ona wrzuca tak skutecznie – jak pan twierdzi –
swoje komunikaty?
To są historie ciekawe, niosą emocje i nie niosą ideologii. Te historie wychodzą
też w dobrym momencie. Jeśli się nie wyczerpie tematu, a nie ma kontry ze strony
PiS, to nie ma sensu wrzucać następnej historii. Lepiej odczekać i mieć pod ręką
kilka historii, które można po kolei prezentować.

Czy rzeczywiście mają pod ręką takie historie?
Każdy ma, i nie ma w tym żadnej sensacji. Śmieszył mnie zarzut poważnego
tygodnika, że oto Jacek Kurski – wielkie odkrycie – w czasie kampanii PiS
sporządził listę historii przeciwko Tuskowi. Przecież to elementarz. Gdyby nie
miał takiej listy, znaczyłoby to tylko tyle, że się nie nadaje do tego, co
robi. Tak samo ludzie w zapleczu Tuska mają już dziś historie do końca kadencji
i jeszcze jeden dzień dłużej. Taki ich obowiązek.

Jak długo można opowiadać te historie od nowa? Czy nie zmęczą słynne laptopy?
Opowieść o rzekomych zbrodniach PiS rzeczywiście się wysyca. Ale każda historia
jest inna. Jedna jest o sporcie, druga o kulturze, o kuchni czy wyścigach
samochodowych. Historie, które pojawiają się co drugi, trzeci dzień
zaciekawiają publikę, pokazują, że będzie lepiej, a ci wszyscy, którzy ekipę PO
atakują, są niedorajdami – im nie wyszło i nie zniosą sukcesu PO.

Ten płaszcz wokół PO jest magiczny? Czy jest to poziom takiego profesjonalizmu,
którego nie da się przebić?
To pytanie o kontrnarrację, kto pierwszy z nią wyjdzie – lewica czy PiS, kto
pierwszy się zorientuje w tej grze. Naboje będą zawsze. Najpierw będą płonęły
rowery, później samochody, samoloty, później rakiety. Najpierw będzie
oskarżenie, że ktoś ma zeza, później, że ktoś jest alkoholikiem, a jeszcze
później będzie oskarżenie, że ktoś ma HIV i zaraził nim pół miasteczka.

I dziennikarze zawsze będą to kupowali.
Jeżeli jedno medium tego nie kupi, inne będzie miało newsa.

Pytanie, czy ktoś to podchwyci?
Jeśli jest to dobra historia, dobrze opowiedziana, dobrze napisana, to tak.

Media mają swoje poglądy. I wybierają, co jest ich zdaniem ważne, a co bez
znaczenia.
Margines wyboru się zawęża. Tak jak w przypadku Sarkozy’ego jadącego po
stepie – trudno zbagatelizować ten obraz, niesłychanie trudno, a wręcz
niemożliwe byłoby go skomentować na sposób anty-Sarko. Pamiętajmy też, że dobre
historie, najlepsze historie, nie są wprost polityczne. Polityka pojawia się
niejako obok.

Ale nie ma tam miejsca na żadną realną sprawę, na realne pochylenie się nad
czymkolwiek. Tak było ze sprawą służby zdrowia.
Chyba że za chwilę będziemy mieli wejście mocnego lidera, który wyjdzie i powie:
wszyscy mi mówią, żebym czekał do sierpnia, a ja podejmuję decyzję już teraz i
przyjmuję decyzję rezygnacji minister Ewy Kopacz z zajmowanego stanowiska.

Spodziewa się pan dymisji minister zdrowia?
W każdej chwili. To najsłabszy minister tego rządu pod względem wizerunkowym.
Słuchając jej, patrząc na roztrzęsione ręce, rozbiegany wzrok, strach się bać.
Porażka.

Kto decyduje w PO o tych sprawach?
Rafał Grupiński, Agnieszka Liszka i Tomasz Arabski. To oni co rano opowiadają
ciekawą, sympatyczną historię, przy której nie chcemy wyjeżdżać z kraju, nie
chcemy wyjmować pistoletu, pojawia się uśmiech na naszej twarzy. To historie do
budzenia.

Czyli jest tak, że widzimy Chlebowskiego, a słyszymy Liszkę?
Główny trzon przekazów nadaje kancelaria premiera.

A Palikot?
Na początku była to typowa wizerunkowa operacja autopromocyjna, jakich w Sejmie
wiele. Teraz to już sytuacja bardziej skomplikowana. Klasycy teorii propagandy
zastanawialiby się, czy to nie jest przypadek tzw. pożytecznego idioty – czyli
osoby, której się używa, a ona się cieszy. Zawsze gdy Janusz Palikot występuje
z czymś ostrym, fokalizującym uwagę opinii publicznej, należy się cofnąć o
sześć godzin. Sprawdźmy, co się stało pół dnia wcześniej tak niekorzystnego dla
PO, że musiał pojawić się na scenie.

A w przypadku prasy o dzień wcześniej?
Tak. Zastanówmy się, co przykrywa Palikot swoim pojawieniem się. Przez ostatnie
pół roku był to zawsze moment, gdy coś Platformie się wymykało. Jakaś opowieść
skręcała w niekorzystną stronę albo pojawiała się kontrnarracja, bo Jacek
Kurski dochodził na chwilę do głosu i było gorąco.

Kto jest odpowiednikiem Palikota w PiS?
PiS nie potrafi grać tymi samymi narzędziami. Typowy poseł PiS, ten ze stajni
dopuszczonej do występowania przed kamerami, wychodzi i dla zwykłego pogadania
coś sobie snuje, ale nic nie opowiada. Często wręcz podtrzymując opowieść
Platformy. Podobnie jak ogień podtrzymuje się zapałkami, tak pisowcy
nieświadomi mechaniki narracji podtrzymują opowieść Palikota i opowieść
Palikota zaczyna się kolebać. Od ściany do ściany, od medium do medium, od
windy do windy. Ludzie sobie powtarzają wymyślone przez niego historie.

A jak można uderzyć w Palikota?
Tak jak zrobił Tadeusz Cymański, wychodząc ze studia telewizyjnego. Nie będzie z
nim rozmawiał. Zdecydowanie, jasno. Odmiennie od zachowania innego posła PiS,
Pawła Poncyljusza, wręczającego mu wina marki Wino, co to tylko podgrzało
narrację, z którą wyszedł Palikot.

Czy jest w SLD ktoś, kto potrafi narzucać takie narracje?
Nie ma lewicy, nie ma liderów, nie ma opowieści, nie ma historii. Nie ma nawet
nazwy. W Polsce nie ma lewicy.

Jaką historię opowiada dzisiaj prezydent Lech Kaczyński?
Prezydent Lech Kaczyński został wsadzony na wizerunkową karuzelę.

Skupmy się na przykładzie. Dlaczego prezydent, tak mocno angażujący się w sprawę
Gruzji, nie potrafi o tym opowiedzieć?
Ledwie kilka osób rozumie, co się wydarzyło w Gruzji, bo nie znaleziono ciekawej
opowieści. Budzącej emocje zarówno wobec sprawy gruzińskiej, jak i wobec urzędu
Prezydenta RP. Zabrakło czegoś do opowiadania w windach. Jak choćby to, że
pilot polskiego samolotu nr 1 z prezydentem na pokładzie, w drodze do Gruzji
został zaatakowany przez rosyjskie MiGi i zmuszony do lądowania na terytorium
Rosji. Wyobraża pan to sobie?

Został zaatakowany? Nie słyszałem?
Nie, ale mogły pojawić się przesłanki, że to jest atak. Jednak – kontynuuję
hipotetyczną opowieść – pilot mimo ataku podjął odważną decyzję, że leci do
Tbilisi i tam postara się wylądować. Każdy daje to na czerwony pasek! Polska
wstrzymuje oddech. Wyobraża pan sobie tę ciszę w eterze, gdy nie można nawiązać
kontaktu z polską maszyną nr 1, bo jak to zwykle, coś tam na łączach radiowych
siadło? Pierwsze pytanie ludzi, takich zwyczajnych, nieinteresujących się
polityką: „słyszałeś już?”, drugie pytanie: „doleciał, udało się, prezydent
żyje?” – nie Kaczor, ale prezydent! – i trzecie pytanie: „Jezu, ale dzielni są,
dzielny nasz prezydent, w taką się wybrać podróż, a o co chodzi z tą Gruzją?”.

Szaleństwo! I kłamstwo. Pytamy pilota, jest śledztwo, komisja międzynarodowa…
Zresztą przed chwilą już ustaliliśmy, że kłamstwo szyte zbyt grubo prędzej czy
później wyjdzie na jaw.
Ale pilot wierzy, że widział białe smugi przed nim. Drugi pilot też widział. I
to staje się prawdą. Ludzie uświadamiają sobie lepiej, co Rosjanie robią w
Gruzji, jak co chwila spadają helikoptery i jaka jest rola – ba! – misja Polski
i polskiego prezydenta. Wychodzi Radosław Sikorski, i mówi, że źródła
dyplomatyczne nie potwierdzają ostrzelania samolotu, na co prezydent odpowiada,
że nie dziwi się, że Sikorski z oczywistych względów mówi tak samo jak Rosjanie.

Nie ma żadnych granic?
W skutecznym przekazie – nie ma.

Tak się gra w Polsce?
Tak się gra wszędzie. Tym bardziej boleć to może PiS, że w to miejsce Platforma
wyszykowała swoją narrację i dziś jedyna opowieść o Gruzji to taka, że
prezydenckie urzędasy przeleciały się nie wiadomo po co za 30 tysięcy zł
rządowym samolotem, jakby nie mogły rejsową Lufthansą. Paniska!

Ale czy to jest jeszcze polityka?
Nie ma polityki w próżni, bez ludzi. To już nie te czasy. Nie ma polityki bez
rozpalenia emocji ludzi.

I to mówi Eryk Mistewicz, były dziennikarz.
Odszedłem z dziennikarstwa. Wolę pisać narracje, niż być zmuszonym im ulegać.

Reklamy
Otagowane: ,
Posted in: Lifson