W latach dwudziestych była zgoda między Polakami i Ukraińcami nie było między nimi różnicy.

Posted on Styczeń 12, 2009

0


W latach dwudziestych była zgoda między Polakami i Ukraińcami nie było między nimi różnicy.

W święta polskie można było zobaczyć Ukraińca w kościele, a w święta ukraińskie Polacy też szli do cerkwi.
W okresie przedwojennym i w okresie wojny popi skłócili ludzi i zaczęła się niezgoda o Ukrainę. Dzieciom polskim mówiono w szkole, że mieszkają w Małopolsce i że to jest nasza ojczyzna a dzieciom ukraińskim mówiono że to Ukraina i już dzieci się biły i nikt nie wiedział czyja prawda.
W 1944 roku Niemcy zaczęli się wycofywać na zachód, rozpoczął się front niemiecko – radziecki.
W dniu 21 kwietnia 1944 r./ ponownie do Głęboczka wkroczyły wojska radzieckie, wszędzie ich było dużo i wszystko im było wolno. Żydzi, którzy przeżyli, powychodzili ze schronów, Ukraińcy wzięli rządy w swoje ręce i zorganizowali Powstańczą Armię Ukrainy (UPA), a Polacy cicho siedzieli i modlili się o spokojną noc. Musieliśmy pełnić warty po kilka domów, broniliśmy się przed napadem banderowców, grozili, że nas pomordują.
W maju była mobilizacja do wojska chłopów do 52 roku życia. Pozostał stolarz, kowal, kołodziej do ochrony wsi.
Polacy byli powołani do wojska, a Ukraińcy poszli w las do Bandery UPA, ażeby napadać na Polaków.
Po wyjeździe mężczyzn do wojska, dla nas polskich żon, matek i dzieci już spokojnego życia nie było. Bandy z UPA wpadały nocą paliły domy, wioski, mordowali nas, byliśmy przerażeni, ogarniał nas strach to było piekło. Gdy dowiadywaliśmy się o przygotowaniach Ukraińców do napadu na naszą wioską, uciekaliśmy do kościoła i tam nocowaliśmy całą noc, a rano wracaliśmy do swoich domów. I tak przeminęło lato, jesień, UPA nie dawały nam spokoju, baliśmy się codziennie.
Przyszło rozporządzenie o wyjeździe Polaków na zachód i zaczęliśmy się przygotowywać. Pojechałyśmy do Borszczowa tam wypełniałyśmy druki w Polskim Urzędzie Repatriacyjnym jakoś tak się nazywało. Wyjazd był zaplanowany w późniejszym terminie.
12 grudnia 1944 roku, bandy ukraińskie napadły na wieś Łanowce, to wioska rodzinna mego ojca, tam mieszkała moja dalsza rodzina. Bandy UPA mordowali w okropny sposób, wycinali języki, dzieciom obcinali brzuchy, tego dnia zamordowali nie mniej 15 osób, były to kobiety i dzieci. W listopadzie 1944 roku ,zabili ośmiu chłopów pracujących na szosie, pochowano ich następnego dnia w długiej mogile na nowym cmentarzu.
11 stycznia 1945 roku – napad banderowców na wieś Głęboczek. Otoczyli 3 polskie ulice, palili po kolei, każdy dom. Widziałam ich przez szpary w oknie jak szli do naszego domu, okno było zabite deskami tak dla bezpieczeństwa, dom kryty słomą murowany z cegieł glinianych nie wypalonych. W domu 9 osób, ja z synkiem, mama , siostra męża-Józia z półtoraroczną córką Izą i sąsiadka z matką i z dwiema córkami lat 6 i 8.
Dach został zapalony i palił się szybko pomimo dużego śniegu. Pokładłyśmy się na ziemi z obawą bo mogli strzelać przez okno. Zasłaniałyśmy drzwi mokrą płachtą by nie dopuścić dymu ale nie pomagało, brakowało nam powietrza. Żarliwie się modliliśmy wszyscy do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Małe dziewczynki tak się ze mną modliły, że czułam w nich wielką wiarę w to, że Matka Boska nas ocali. Gdy moja matka powiedziała, że moje dziecko się dusi, zareagowałam bez wahania, całkowicie naraziłam siebie na niebezpieczeństwo na to, że mogą strzelać, było mi wszystko jedno. Biegłam w stronę drzwi i otworzyłam je z rygli i zauważyłam, że banderowcy odeszli, wróciłam po swoje dziecko i kazałam wszystkim wyjść na dwór. Dziecko było prawie sztywne ,wyniosłam je na dwór ,otworzyłam mu buzię by mogło oddychać świeżym powietrzem. Uciekaliśmy, by się schować, z dwiema dziewczynkami schowaliśmy się do niepłonącego spichlerza krytego blachą. Tam dalej ratowałam dziecko aż zaczęło oddychać. Zostałyśmy uratowane, ocaliłam ich z Jej Pomocą, Matka Boska dodała mi odwagi. Tak siedzieliśmy do rana, słyszeliśmy tylko nawoływania banderowców do odjazdu. Nie wiedziałam co z mamą i siostrą bo z nami nie wychodziły z domu. Rano zobaczyłam mamę w piwnicy obok domu, podczas ucieczki wyczołgała się z domu do piwnicy. A siostra Józia z córką Izą zamknęły się ponownie w domu i nie dało się otworzyć. Po wejściu do środka spostrzegliśmy Józię nieprzytomną, leżącą przy łóżeczku Izi, która już nie żyła, Józię z sąsiadką wynieśliśmy na dwór i udało się nam ją uratować. Zrozpaczona Józia, córkę Izę z łóżeczkiem zawiozła na cmentarz i tam pochowała.
Jeszcze z tego samego dnia z Borszczowa przyjechało wojsko i stwierdziło, że zostało zabitych tej nocy przez banderowców 60 osób, jedną z nich, młodego chłopaka powiesili na bramie i uśmiercili go bijąc deską z gwoździami.
Ciężko jest mi pisać, przechodzą mnie dreszcze, gdy myślę o tym po 52 latach. Dziękuję Matce Najświętszej ,do dziś odmawiam Pod Twoją Obroną.
Po tych zdarzeniach wójt dał konie i opuszczaliśmy Głęboczek, jechaliśmy do Borszczowa. Nic nam nie pozwolono zabrać, Rosjanie odebrali nam dokumenty ,mówiąc, że to nie potrzebne. 17 stycznia 1945 roku jechaliśmy w wagonie towarowym do ziemi polskiej, bardzo się z tego cieszyliśmy. W jednym wagonie było 4 rodziny ,do ogrzewania wstawiono piecyk i trochę drewna, obsługa pociągu była rosyjska. Jechaliśmy przez 4 dni do Zamościa.
21 stycznia 1945 roku rozładowaliśmy się na rampie na stacji Zamość, przy rampie stał barak, gdzie czekali Ukraińcy na odjazd do Ukrainy. Wszystko przykrył śnieg, mróz, nie było co jeść, pić i nie było gdzie się zagrzać. Czekaliśmy cztery dni, dwa razy dostaliśmy czarną kawę i jeden raz krupnik gęsty. Wysłałam telegram do męża Ludwika na adres jednostki wojskowej ale nie dostałam od niego odpowiedzi. Czytałam tylko stare listy od niego i płakałam.
25 stycznia na saniach zawieziono nas do Tyszowiec (w powiecie Tomaszów Lubelskim) 30 km od Zamościa, w drodze zmarzliśmy, nie mieliśmy już więcej ubrań, tylko wzięliśmy pożyczone kurtki, dziecko zawinęłam w pierzynę i nasłuchiwałam czy oddycha.

Reklamy
Otagowane:
Posted in: 2 wojna